Bałam się.
Tak cholernie bałam się o moją młodszą siostrzyczkę.
Była dla mnie wszystkich.
Była dla mnie słońcem.
Była nadzieją na lepsze jutro.
Nim Oliver wyłączył silnik, już wyskoczyłam, po drodze rzucając kask, z motoru, kierując się w stronę domu. Biegłam najszybciej jak mogłam, szarpiąc za klamkę. Jak zwykle, zamknięty dom. Przeklęłam w myślach szukając kluczy. Otworzyłam drzwi wołając ją, odpowiedział mi jej jęk w salonie. Zerknęłam na Oliver'a, który stał już przy mnie. Bez zastanowienia ruszyłam w kierunku pokoju.
Dziewczynka leżała rozpalona na kanapie, tata siedział obok niej, widocznie bardzo zmartwiony. Rodziciel spojrzał w moim kierunku oskarżycielsko.
-Zabroniłem ci się z nim spotykać-syknął.
-To nie jest teraz tak bardzo ważne, co jej jest?
-Ty mi powiedz-warknął odsłaniając jej brzuch.
Znak ją palił. Znak, który nie był dla mnie w żaden sposób czytelny, nic dla mnie nie znaczył, został wyryty na jej brzuchu. Wiedziałam o tym, pamiętnej nocy, widziałam nawet jak zakapturzona postać pisała ją ostrym przedmiotem, ale myślałam, że pozostanie po niej tylko blizna. Że nie będzie ona groźna.
Myliłam się.
Chłopak bardzo się przejął, kucnął obok niej oglądając każdą rysicę jej rany. Obficie krwawiła, dlatego poszłam do łazienki po ręczniki i wodę. Oliver ruszył za mną.
-Przez ten znak, mogą ją do siebie wezwać, Grace-szepnął.
Odwróciłam się przerażona.
-Nie...ale...zrobimy coś, to znaczy...da się uczynić coś, aby jej nie wzięli...proszę, Oliver, powiedz, że tak..
Spoglądał na mnie wzrokiem, który wiedziałam co znaczy.
Nie ma dla niej ratunku.
Czułam jak palą mnie policzki z gniewu. Czułam narastający, pełny nienawiści gniew. Moja młodsza siostrzyczka może zostać mi zabrana.
-Ewentualnie, jeżeli zostałaby tutaj na Ziemi, mogła zmienić się w kogoś innego, gorszego, pozbawionego wszelkich uczuć. Nie wiem co oni zamierzają zrobić, ale wydaję mi się, że uczynili to tylko ze względu na Ciebie, wiedzą, że będziesz w stanie zrobić wszystko, aby ją uratować.
***
Minęło kilka dni. Od razu po szkole, opiekowałam się Rosie. Tata nadal nie wiedział, kto jej to zrobił i kiedy się to stało. Nie mogłam mu powiedzieć. Uznałby mnie za wariatkę.
Zakazał mi się spotykać z moim aniołem stróżem. Stwierdził, że jeżeli jeszcze raz zobaczy mnie z nim, a co najgorsze w naszym domu, wyprowadzimy się stąd. Miał propozycję lepszej pracy w innym mieście, oddalonym o kilkaset kilometrów.
Zdecydowaliśmy, że postaramy się być bardziej dyskretni. Ponieważ kontrolowałam już swoją moc, uczyłam się wykorzystywać swoją drobną postawę, jako atut w walce.
Miałam już tyle siniaków, że ledwo potrafiłam leżeć, siedzieć czy ćwiczyć.
Oliver był nieugięty, widziałam jak się martwił, widziałam jego niepokój w spojrzeniu.
-Czy ty mnie w ogóle słuchasz...-westchnęła Sue spoglądając na mnie ze złością.
-Przepraszam Sue...ale mam za dużo zmartwień na głowie.
-Co się stało?-Zaniepokoiła się dziewczyna spoglądając na mnie.
-Coś jest nie tak z Rosie, ciągle ma gorączkę, martwię się o nią..a poza tym, mój tata widział mnie z Oliver'em, stwierdzi,że jeśli się to powtórzy, wyprowadzimy się.
Sue zatkało, dlatego aby zająć ręce zaczęła leniwie grzebać widelcem w jedzeniu.
-Pamiętaj, zawsze masz ode mnie alibi-uśmiechnęła się.
Poczułam wibracje komórki.
-Gdzie do cholery jest Rose?!-Wrzasnął mój tata.
Serce zabiło mi mocniej. Myślałam, że zaraz zemdleję.
Zamarłam. Znowu zaczęły trząść mi się ręce, a pot zalewać moje plecy. Znowu miałam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Widziałam zatroskany wzrok przyjaciółki. Oliver razem z David'em, rozmawiali ciągle spoglądając na nasz stolik.
Zawiesiłam na nim dłużej wzrok.
Zrozumiał.
-Co...-szepnęłam, nie miałam pewności czy tata mnie usłyszał, dlatego chrząknęłam próbując opanować głos.-Jestem w szkole, przecież...na pewno jest w domu, czemu pytasz?
-Może dlatego, że jej nie ma.
Oczy zaszły mi mgłą. Oddech stał się płytki. Nim się obejrzałam, obraz zawirował mi kilka razy i upadłam.
***
Minęło kilka dni od zniknięcia Rose. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Oliver ostrzegał mnie, żebym nie próbowała wkraczać do świata zmarłych, bo moje pójście tam, mogłoby spowodować tylko dobrowolne oddanie się ludziom z czyśćca i piekła.
Moja najlepsza przyjaciółka odwracała się ode mnie. Uważała mnie za wariatkę i niegodną zaufania. Było mi z tym źle.
Straciłam prawie wszystkie bliskie dla mnie osoby. Sue zaczęła przyjaźnić się z Alex, a Oliver ignorował mnie i świetnie wychodził mu udawany związek z czerwonowłosą. Nawet David starał się nawet nie spoglądać w moją stronę.
Któregoś dnia, wpadłam na wysokiego chłopaka. Spojrzałam w górę.
Nathan.
Poczułam jakbym miała nogi z waty. Czułam się przy nim taka krucha.
Nie miałam pojęcia co mam zrobić. Tyle razy, ćwiczyłam z Oliver'em samoobronę, a tak naprawdę w prawdziwym życiu ciężko było mi ją zastosować.
Wydawało mi się, że chłopak nie ma złych intencji. Spoglądał na mnie również ze zdziwieniem. Był zaskoczony. Mile zaskoczony.
Ciągle spoglądaliśmy na siebie, lecz nikt nie ważył się odezwać. Ilustrowałam jego blizny na twarzy. Nie były aż tak dostrzegalne, ale przy takiej odległości, przy jakiej staliśmy, potrafiłam je dostrzec. Jedna, ciągnęła się aż do łuku brwiowego, do skroni. Drugą zdążyłam zauważyć na prawym policzku, a ostatnia, która była najbardziej dostrzegalna, szpeciła jego zarysowaną kość policzkową.
Mimo woli, spojrzałam na jego usta. Powoli, kąciki ust podnosiły się w górę, dlatego szybko odwróciłam wzrok próbując dostrzec cokolwiek w jego oczach. Wydawały się szczęśliwsze.
Wydawały się takie jakie były kiedyś.
To był on. To był stary Nathan.
Ten, który był moim najlepszym przyjacielem. Również pozwoliłam delikatnie się uśmiechnąć.
Chłopak widząc w końcu, że również cieszę się z tego, że w końcu się widzimy, przytulił mnie, podnosząc do góry. Roześmiałam się. Zawsze to czynił, gdy z czegoś naprawdę się cieszył.
-Nathan, co się z tobą działo?-Zapytałam, gdy w końcu odstawił mnie na ziemię i w spokoju, rozmawialiśmy przed szkołą.
-To jest ciężki temat-mruknął.-Obudziłem się w środku lasu. Nie miałem pojęcia, gdzie jestem i jak się tam wziąłem. Poprzedzające tygodnie, które podobno spędziłem w szkole, tak jak zwykle, były dla mnie zagadką. Naprawdę, nic nie wiedziałem. Nic nie pamiętałem. Lekarze uważają, że musiałem doznać amnezji.
-Naprawdę?-Zawołałam udając zatroskaną, wiedziałam, że gdy wróci, może mieć takie objawy, albo w ogóle nie być sobą.-Ale jak to możliwe? Nie było cię tyle czasu..
Wzruszył ramionami.
-Ja naprawdę nic nie pamiętam, Grace...
Pogłaskałam go po ręce uśmiechając się nieco współczująco. Kątem oka zauważyłam Oliver'a, wychodzącego ze szkoły, razem z Alex. Uśmiechali się do siebie, lecz widziałam, jak jego mięśnie napięły się, gdy zobaczył Nathan'a razem ze mną. Posłałam mu spojrzenie, w stylu, że wszystko w porządku. Nadal wydawał się zdenerwowany i zmartwiony, lecz czerwonowłosa, pociągła chłopaka specjalnie do siebie składając mu na ustach długi pocałunek.
Zdziwiony przyjaciel spojrzał na mnie.
-A tej co? Kim ona w ogóle jest? Nie wiedziałem jej nigdy w szkole.
-To należysz do grupy szczęśliwców..-mruknęłam.
***
Za każdym razem gdy spoglądałam na puste łóżko narastała we mnie złość. Tak wielka, że czasami aż trzęsły mi się ręce i potrafiłam powyrzucać wszystkie jej rzeczy, z szaf, szuflad, pudełek i pojemników, że później spędzałam kilka godzin na sprzątaniu tego, co zniszczyłam.
Nie potrafiłam inaczej poradzić sobie z jej stratą.
Narastała we mnie chęć zemsty. Po każdej kolejnej godzinie była coraz większa. Każda kolejna godzina sprawiała, że wariowałam.
Musiałam się rozluźnić, dlatego wzięłam swoją gitarę pakując ją w pokrowiec i dałam ją do auta.
Wyjechałam na obrzeża miasta. Tam gdzie jeździłyśmy zawsze z mamą, gdy chciałyśmy pobyć same.
Zawsze z nią miałam o wiele lepszy kontakt, niż z tatą. Z mamą rozmawiałam o moich problemach. To ona od najmłodszych lat była moją najlepszą przyjaciółką i najlepszą doradczynią, jaką mogłam sobie wyobrazić.
Pamiętam, że kiedyś pojawiłyśmy się tutaj. Mama wzięła gitarę. Opowiedziałam jej o moich problemach. Wtedy, wydawało mi się, że są one naprawdę duże i nigdy nie dam rady sobie z nimi poradzić. Że tak mała dziewczynka, jak ja, powinna ich nie mieć.
Płakałam. Już nawet nie wiem, nie pamiętam co było moim zmartwieniem.
Mama nie mogąc już dłużej ocierać moich łez, wzięła gitarę i zaczęła śpiewać.
Zawsze się wtedy uspokajałam. To było najlepsze dla mnie lekarstwo. Gdy refren zaczął się powtarzać, zaczęłam cicho śpiewać wraz z rodzicielką. Uśmiechała się zachęcająco.
Tego dnia, musiałam sama stawić czoła swoim problemom. Sama musiałam się pocieszyć.
W myślach mówiłam, co tak naprawdę mnie dręczy. Poczułam, że gdy wszystko z siebie wydusiłam, łzy same leciały po moich policzkach. Potrzebowałam tego.
Chwili, w której otworzę się znowu ponownie przed sobą.
Nastroiłam gitarę, wzięłam głęboki oddech przypominając sobie ponownie piosenkę.
Budząc się, pomyśl o mnie kochanie,
pomyśl o tym wszystkim co jest dobre i nie,
nawet gdyby, wydawałoby Ci się niełatwe,
zrobić to, o co proszę teraz Cię.
ref. Uwierz mi, wszystko będzie dobrze.
Wszystko tak, będzie, jak Ty chcesz.
A gdy nic, już nie pozostanie.
Zaśnij znów, myśląc o kwiecie róż.
Myślę o małych rzeczach, które są wspaniałe.
Nie uronię, już żadnej łzy.
Teraz ty posłuchaj mnie, słoneczko.
Jesteś dla mnie najlepszą artystką.
I nigdy już nie bądź smutna,
bo gdy Ty płaczesz,
to ja też
i umieram w środku swym.
Odłożyłam gitarę, nie czułam się wcale dobrze, śpiewając znowu tą piosenkę. Przypominała mi mamę.
Przypominała mi najlepsze chwile w moim życiu.
Spoglądałam pusto przed siebie. Woda w jeziorze, była tak czysta, że mogłam zobaczyć, jak na dnie, pływają różnorodne rybki. Znajdowały się tam małe i kolorowe, ale również duże i mieniące się barwami ryby.
Lubiłam na nie patrzeć.
Wydawały mi się takie beztroskie. Jakby ich życie, tylko zależało od przepływaniu i odkrywaniu świata. Jakby nie miały żadnych zmartwień.
Jedynym ich problemem, był fakt, że w każdej chwili, mogą zostać wyłowione i zabite. Wydaje mi się, że jednak większość z nich, nie myślała o swoim losie. Przynajmniej w nie ten sposób...jeśli w ogóle o nim myślała.
Westchnęłam przyglądając się niebu. Robiło się powoli ciemno.
Ponownie odwróciłam wzrok, kierując go na gitarę. Dotknęłam jej delikatnie, znowu cicho grając i śpiewając.
Zajmowało to przez jakiś czas moje myśli, jednak, gdy skończył się tekst piosenki, znowu poczułam się przytłoczona problemami.
"Proszę mamo, jeśli słyszysz, zaopiekuj się Rose. Pomóż jej, pozwól jej tutaj wrócić.."
Zdałam sobie jednak sprawę, że moje prośby są śmieszne. Jak ona może jej pomóc, pewnie już dawno znajduje się w niebie i nic nie wie o naszych losach, o tym co się z nami dzieje.
Zdenerwowana wstałam, chwytając mocno za instrument. Miałam wrażenie, że przez jej decyzję, to się nam stało. Że gdyby nadal żyła, nic złego by się mi ani Rose nie stało.
Machnęłam gitarą rzucając ją najdalej jak potrafiłam w głąb jeziora. Miałam to wszystko gdzieś.
Rodzicielka nam nie pomoże.
Sama musiałam wziąć sprawy w swoje ręce.
Musiałam ją uratować.
Nie mogłam pozwolić, aby to zakończyło się w ten sposób.
________
No i napisany:) jeśli ktoś czyta, proszę o komentarze:(
Dziewczynka leżała rozpalona na kanapie, tata siedział obok niej, widocznie bardzo zmartwiony. Rodziciel spojrzał w moim kierunku oskarżycielsko.
-Zabroniłem ci się z nim spotykać-syknął.
-To nie jest teraz tak bardzo ważne, co jej jest?
-Ty mi powiedz-warknął odsłaniając jej brzuch.
Znak ją palił. Znak, który nie był dla mnie w żaden sposób czytelny, nic dla mnie nie znaczył, został wyryty na jej brzuchu. Wiedziałam o tym, pamiętnej nocy, widziałam nawet jak zakapturzona postać pisała ją ostrym przedmiotem, ale myślałam, że pozostanie po niej tylko blizna. Że nie będzie ona groźna.
Myliłam się.
Chłopak bardzo się przejął, kucnął obok niej oglądając każdą rysicę jej rany. Obficie krwawiła, dlatego poszłam do łazienki po ręczniki i wodę. Oliver ruszył za mną.
-Przez ten znak, mogą ją do siebie wezwać, Grace-szepnął.
Odwróciłam się przerażona.
-Nie...ale...zrobimy coś, to znaczy...da się uczynić coś, aby jej nie wzięli...proszę, Oliver, powiedz, że tak..
Spoglądał na mnie wzrokiem, który wiedziałam co znaczy.
Nie ma dla niej ratunku.
Czułam jak palą mnie policzki z gniewu. Czułam narastający, pełny nienawiści gniew. Moja młodsza siostrzyczka może zostać mi zabrana.
-Ewentualnie, jeżeli zostałaby tutaj na Ziemi, mogła zmienić się w kogoś innego, gorszego, pozbawionego wszelkich uczuć. Nie wiem co oni zamierzają zrobić, ale wydaję mi się, że uczynili to tylko ze względu na Ciebie, wiedzą, że będziesz w stanie zrobić wszystko, aby ją uratować.
***
Minęło kilka dni. Od razu po szkole, opiekowałam się Rosie. Tata nadal nie wiedział, kto jej to zrobił i kiedy się to stało. Nie mogłam mu powiedzieć. Uznałby mnie za wariatkę.
Zakazał mi się spotykać z moim aniołem stróżem. Stwierdził, że jeżeli jeszcze raz zobaczy mnie z nim, a co najgorsze w naszym domu, wyprowadzimy się stąd. Miał propozycję lepszej pracy w innym mieście, oddalonym o kilkaset kilometrów.
Zdecydowaliśmy, że postaramy się być bardziej dyskretni. Ponieważ kontrolowałam już swoją moc, uczyłam się wykorzystywać swoją drobną postawę, jako atut w walce.
Miałam już tyle siniaków, że ledwo potrafiłam leżeć, siedzieć czy ćwiczyć.
Oliver był nieugięty, widziałam jak się martwił, widziałam jego niepokój w spojrzeniu.
-Czy ty mnie w ogóle słuchasz...-westchnęła Sue spoglądając na mnie ze złością.
-Przepraszam Sue...ale mam za dużo zmartwień na głowie.
-Co się stało?-Zaniepokoiła się dziewczyna spoglądając na mnie.
-Coś jest nie tak z Rosie, ciągle ma gorączkę, martwię się o nią..a poza tym, mój tata widział mnie z Oliver'em, stwierdzi,że jeśli się to powtórzy, wyprowadzimy się.
Sue zatkało, dlatego aby zająć ręce zaczęła leniwie grzebać widelcem w jedzeniu.
-Pamiętaj, zawsze masz ode mnie alibi-uśmiechnęła się.
Poczułam wibracje komórki.
-Gdzie do cholery jest Rose?!-Wrzasnął mój tata.
Serce zabiło mi mocniej. Myślałam, że zaraz zemdleję.
Zamarłam. Znowu zaczęły trząść mi się ręce, a pot zalewać moje plecy. Znowu miałam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Widziałam zatroskany wzrok przyjaciółki. Oliver razem z David'em, rozmawiali ciągle spoglądając na nasz stolik.
Zawiesiłam na nim dłużej wzrok.
Zrozumiał.
-Co...-szepnęłam, nie miałam pewności czy tata mnie usłyszał, dlatego chrząknęłam próbując opanować głos.-Jestem w szkole, przecież...na pewno jest w domu, czemu pytasz?
-Może dlatego, że jej nie ma.
Oczy zaszły mi mgłą. Oddech stał się płytki. Nim się obejrzałam, obraz zawirował mi kilka razy i upadłam.
***
Minęło kilka dni od zniknięcia Rose. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Oliver ostrzegał mnie, żebym nie próbowała wkraczać do świata zmarłych, bo moje pójście tam, mogłoby spowodować tylko dobrowolne oddanie się ludziom z czyśćca i piekła.
Moja najlepsza przyjaciółka odwracała się ode mnie. Uważała mnie za wariatkę i niegodną zaufania. Było mi z tym źle.
Straciłam prawie wszystkie bliskie dla mnie osoby. Sue zaczęła przyjaźnić się z Alex, a Oliver ignorował mnie i świetnie wychodził mu udawany związek z czerwonowłosą. Nawet David starał się nawet nie spoglądać w moją stronę.
Któregoś dnia, wpadłam na wysokiego chłopaka. Spojrzałam w górę.
Nathan.
Poczułam jakbym miała nogi z waty. Czułam się przy nim taka krucha.
Nie miałam pojęcia co mam zrobić. Tyle razy, ćwiczyłam z Oliver'em samoobronę, a tak naprawdę w prawdziwym życiu ciężko było mi ją zastosować.
Wydawało mi się, że chłopak nie ma złych intencji. Spoglądał na mnie również ze zdziwieniem. Był zaskoczony. Mile zaskoczony.
Ciągle spoglądaliśmy na siebie, lecz nikt nie ważył się odezwać. Ilustrowałam jego blizny na twarzy. Nie były aż tak dostrzegalne, ale przy takiej odległości, przy jakiej staliśmy, potrafiłam je dostrzec. Jedna, ciągnęła się aż do łuku brwiowego, do skroni. Drugą zdążyłam zauważyć na prawym policzku, a ostatnia, która była najbardziej dostrzegalna, szpeciła jego zarysowaną kość policzkową.
Mimo woli, spojrzałam na jego usta. Powoli, kąciki ust podnosiły się w górę, dlatego szybko odwróciłam wzrok próbując dostrzec cokolwiek w jego oczach. Wydawały się szczęśliwsze.
Wydawały się takie jakie były kiedyś.
To był on. To był stary Nathan.
Ten, który był moim najlepszym przyjacielem. Również pozwoliłam delikatnie się uśmiechnąć.
Chłopak widząc w końcu, że również cieszę się z tego, że w końcu się widzimy, przytulił mnie, podnosząc do góry. Roześmiałam się. Zawsze to czynił, gdy z czegoś naprawdę się cieszył.
-Nathan, co się z tobą działo?-Zapytałam, gdy w końcu odstawił mnie na ziemię i w spokoju, rozmawialiśmy przed szkołą.
-To jest ciężki temat-mruknął.-Obudziłem się w środku lasu. Nie miałem pojęcia, gdzie jestem i jak się tam wziąłem. Poprzedzające tygodnie, które podobno spędziłem w szkole, tak jak zwykle, były dla mnie zagadką. Naprawdę, nic nie wiedziałem. Nic nie pamiętałem. Lekarze uważają, że musiałem doznać amnezji.
-Naprawdę?-Zawołałam udając zatroskaną, wiedziałam, że gdy wróci, może mieć takie objawy, albo w ogóle nie być sobą.-Ale jak to możliwe? Nie było cię tyle czasu..
Wzruszył ramionami.
-Ja naprawdę nic nie pamiętam, Grace...
Pogłaskałam go po ręce uśmiechając się nieco współczująco. Kątem oka zauważyłam Oliver'a, wychodzącego ze szkoły, razem z Alex. Uśmiechali się do siebie, lecz widziałam, jak jego mięśnie napięły się, gdy zobaczył Nathan'a razem ze mną. Posłałam mu spojrzenie, w stylu, że wszystko w porządku. Nadal wydawał się zdenerwowany i zmartwiony, lecz czerwonowłosa, pociągła chłopaka specjalnie do siebie składając mu na ustach długi pocałunek.
Zdziwiony przyjaciel spojrzał na mnie.
-A tej co? Kim ona w ogóle jest? Nie wiedziałem jej nigdy w szkole.
-To należysz do grupy szczęśliwców..-mruknęłam.
***
Za każdym razem gdy spoglądałam na puste łóżko narastała we mnie złość. Tak wielka, że czasami aż trzęsły mi się ręce i potrafiłam powyrzucać wszystkie jej rzeczy, z szaf, szuflad, pudełek i pojemników, że później spędzałam kilka godzin na sprzątaniu tego, co zniszczyłam.
Nie potrafiłam inaczej poradzić sobie z jej stratą.
Narastała we mnie chęć zemsty. Po każdej kolejnej godzinie była coraz większa. Każda kolejna godzina sprawiała, że wariowałam.
Musiałam się rozluźnić, dlatego wzięłam swoją gitarę pakując ją w pokrowiec i dałam ją do auta.
Wyjechałam na obrzeża miasta. Tam gdzie jeździłyśmy zawsze z mamą, gdy chciałyśmy pobyć same.
Zawsze z nią miałam o wiele lepszy kontakt, niż z tatą. Z mamą rozmawiałam o moich problemach. To ona od najmłodszych lat była moją najlepszą przyjaciółką i najlepszą doradczynią, jaką mogłam sobie wyobrazić.
Pamiętam, że kiedyś pojawiłyśmy się tutaj. Mama wzięła gitarę. Opowiedziałam jej o moich problemach. Wtedy, wydawało mi się, że są one naprawdę duże i nigdy nie dam rady sobie z nimi poradzić. Że tak mała dziewczynka, jak ja, powinna ich nie mieć.
Płakałam. Już nawet nie wiem, nie pamiętam co było moim zmartwieniem.
Mama nie mogąc już dłużej ocierać moich łez, wzięła gitarę i zaczęła śpiewać.
Zawsze się wtedy uspokajałam. To było najlepsze dla mnie lekarstwo. Gdy refren zaczął się powtarzać, zaczęłam cicho śpiewać wraz z rodzicielką. Uśmiechała się zachęcająco.
Tego dnia, musiałam sama stawić czoła swoim problemom. Sama musiałam się pocieszyć.
W myślach mówiłam, co tak naprawdę mnie dręczy. Poczułam, że gdy wszystko z siebie wydusiłam, łzy same leciały po moich policzkach. Potrzebowałam tego.
Chwili, w której otworzę się znowu ponownie przed sobą.
Nastroiłam gitarę, wzięłam głęboki oddech przypominając sobie ponownie piosenkę.
Budząc się, pomyśl o mnie kochanie,
pomyśl o tym wszystkim co jest dobre i nie,
nawet gdyby, wydawałoby Ci się niełatwe,
zrobić to, o co proszę teraz Cię.
ref. Uwierz mi, wszystko będzie dobrze.
Wszystko tak, będzie, jak Ty chcesz.
A gdy nic, już nie pozostanie.
Zaśnij znów, myśląc o kwiecie róż.
Myślę o małych rzeczach, które są wspaniałe.
Nie uronię, już żadnej łzy.
Teraz ty posłuchaj mnie, słoneczko.
Jesteś dla mnie najlepszą artystką.
I nigdy już nie bądź smutna,
bo gdy Ty płaczesz,
to ja też
i umieram w środku swym.
Odłożyłam gitarę, nie czułam się wcale dobrze, śpiewając znowu tą piosenkę. Przypominała mi mamę.
Przypominała mi najlepsze chwile w moim życiu.
Spoglądałam pusto przed siebie. Woda w jeziorze, była tak czysta, że mogłam zobaczyć, jak na dnie, pływają różnorodne rybki. Znajdowały się tam małe i kolorowe, ale również duże i mieniące się barwami ryby.
Lubiłam na nie patrzeć.
Wydawały mi się takie beztroskie. Jakby ich życie, tylko zależało od przepływaniu i odkrywaniu świata. Jakby nie miały żadnych zmartwień.
Jedynym ich problemem, był fakt, że w każdej chwili, mogą zostać wyłowione i zabite. Wydaje mi się, że jednak większość z nich, nie myślała o swoim losie. Przynajmniej w nie ten sposób...jeśli w ogóle o nim myślała.
Westchnęłam przyglądając się niebu. Robiło się powoli ciemno.
Ponownie odwróciłam wzrok, kierując go na gitarę. Dotknęłam jej delikatnie, znowu cicho grając i śpiewając.
Zajmowało to przez jakiś czas moje myśli, jednak, gdy skończył się tekst piosenki, znowu poczułam się przytłoczona problemami.
"Proszę mamo, jeśli słyszysz, zaopiekuj się Rose. Pomóż jej, pozwól jej tutaj wrócić.."
Zdałam sobie jednak sprawę, że moje prośby są śmieszne. Jak ona może jej pomóc, pewnie już dawno znajduje się w niebie i nic nie wie o naszych losach, o tym co się z nami dzieje.
Zdenerwowana wstałam, chwytając mocno za instrument. Miałam wrażenie, że przez jej decyzję, to się nam stało. Że gdyby nadal żyła, nic złego by się mi ani Rose nie stało.
Machnęłam gitarą rzucając ją najdalej jak potrafiłam w głąb jeziora. Miałam to wszystko gdzieś.
Rodzicielka nam nie pomoże.
Sama musiałam wziąć sprawy w swoje ręce.
Musiałam ją uratować.
Nie mogłam pozwolić, aby to zakończyło się w ten sposób.
________
No i napisany:) jeśli ktoś czyta, proszę o komentarze:(