sobota, 27 grudnia 2014

prolog

Przełknęłam ślinę. Poczułam jak pocą mi się ręce. Spojrzałam w dół, czując, że mój grunt pod nogami jest niestabilny. Wstrzymałam oddech, kiedy okazało się, że stoję na kiwającej się belce. Mimo sprzecznego krzyku w mojej głowie, abym nie patrzała ponownie w dół-zrobiłam to, wszystko przez moją cholerną ciekawość. Było bardzo wysoko. Zagryzłam wargę czując, że zaczyna mi się kręcić w głowie.
-Nie bój się, jestem tutaj-usłyszałam jego szept.
Odwróciłam się zaskoczona przy tym spadając z niestabilnej belki. Krzyknęłam z przerażenia. Poczułam jak jakiś ostry przedmiot przeciął moją łydkę.
Spojrzałam na nią. Długa rana sięgająca od końca kolana do prawej strony całej łydki. Przecięcie było głębokie, ciągle leciała z niej krew.
Krew.
Krew.
Bardzo dużo krwi.
Obudziłam się z krzykiem. Leżałam nadal na łóżku, ale moja kołdra była w połowie przesiąknięta ciemną, czerwoną cieczą. Zerwałam ją z siebie jak oparzona. Rana była taka sama jak w śnie.
Do swoich 16 urodzin, nadal nie wiedziałam jak to było możliwe. Została mi po niej blizna. Wszyscy mówili, że musiało to się stać na jawie, może uderzyłam czy spadłam na coś ostrego. Jako dziecko, uwierzyłam w wytłumaczenia taty. Będąc coraz starsza, nie wydawało mi się to realne, skoro tak dokładnie pamiętałam ten sen.

Teraz wiem o co w tym wszystkich chodzi i chyba wolałabym nie wiedzieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz